Niedawno ukazało się już trzecie wydanie „Podręcznika po e-learningu” Pana autorstwa. Dla kogo i o czym jest ta książka?
Starałem się by książka objęła całość zagadnienia – od „zdefiniowania” przestrzeni e-learning, poprzez wypełnienie jej treścią, pod którą w tym przypadku rozumiem zarówno rozwiązania informatyczne służące do realizacji procesu e-learningowego, jak i treść szkolenia, po proces wdrożenia e-learningu w organizacji.
Siłą rzeczy – książka jest nieco ogólnikowa. Każde z poruszanych, grubych, zagadnień mogłoby, a w zasadzie powinna, doczekać się swoich publikacji. Mimo, że jest w niej sporo różnego rodzaju „praktykaliów” lubię więc o niej myśleć bardziej jako o inspiracji, otwarciu drzwi, wskazaniu kierunków.
Chciałbym wierzyć, że książka jest dla każdego, kto styka się z zagadnieniem e-learningu. Moim marzeniem jest to, aby z pomocą książki informatyk poznał zagadnienie od strony metodycznej, a metodyk – od strony informatycznej. Aby osoba odpowiedzialna za wdrożenie e-learningu w organizacji zrozumiała całe spektrum zagadnień, z którymi będzie musiała sobie poradzić.
Wiem, że książka jest też pomocą dla studentów – pochlebia mi gdy słyszę, że jest traktowana jak podręcznik, choć nigdy nie miałem ani zamiaru, ani aspiracji, ani umiejętności by takowy opracować. Myślę, że tę funkcję pełni bardziej z konieczności niż ze swej natury. Ale może się mylę?
Starałem się napisać ją tak, aby dało się ją czytać bardzo wybiórczo. Sądzę, że udało mi się – dzięki temu łatwo szukać w niej inspiracji i „czegoś dla siebie”.
A e-learning? Z myślą o kim powstała taka forma zdobywania wiedzy?
Sądzę, że e-learning powstał w trochę „bezmyślny” sposób. Mam wrażenie, że wpierw była technologia, a dopiero potem ktoś wpadł na pomysł, aby wykorzystać ją w służbie uczenia ludzi. Zauważmy zresztą, że coś, co nazywamy e-learningiem, a więc „klasyczne” e-szkolenie, nie jest jakąś wielką innowacją. Tak naprawdę przy pomocy tych „typowych” form e-learningowych robimy to samo, co dawniej robił nauczyciel czy trener, tylko w inny sposób. Prawdziwa innowacja dopiero puka do drzwi… Jej istotą jest wykorzystanie nowoczesnych technologii do robienia CZEGOŚ INNEGO. Kaganek rewolucji niesie Web 2.0 – skutkujące demokratyzacją procesu uczenia się, upodmiotowieniem ucznia, otwarciem nowych możliwości.
Wracając jednak do pytania… Jeśli myśleć o e-learningu w tym „tradycyjnym” rozumieniu, to jest cały zestaw kryteriów, które uzasadniają zastosowanie: rozproszona grupa docelowa, duża liczba osób do przeszkolenia, wysoka rotacja – zarówno po stronie ludzi, jak i treści, krytyczność weryfikacji pozyskania wiedzy, etc. Jeśli jednak pomyślimy o e-learningu w tej innowacyjnej postaci to jest on dla ludzi – wszystkich z nas, którzy mają w sobie chęć, nie – DETERMINACJĘ, do rozwoju.
Na co zwracać uwagę decydując się na zakup kursu elektronicznego?
Moim zdaniem najistotniejszym w kursie e-learning jest to, co jest najistotniejsze w każdym szkoleniu. Jest to zrealizowanie obietnicy… Obietnicy, że osoby szkolone się czegoś nauczą, że pozyskają jakąś wiedzę, że zbudują w sobie jakieś umiejętności, że zmienią swój stosunek do jakiegoś zagadnienia… Marzy mi się świat, w którym dostawca i odbiorca kontraktują się na realizację tak zdefiniowanych celów. W którym odbiorca jest gotów docenić tak zrealizowany cel, a dostawca – zgodzić się na realizację projektu pod takimi warunkami.
To trudne – żadna ze stron nie chce ponieść odpowiedniego ryzyka. Stąd kupując kurs elektroniczny ustala się ile będzie ekranów, czy będą udźwiękowione czy nie, jakie elementy multimedialne będą opracowane, jak obszerny będzie materiał. Określa się czy będzie test, czy nie, z ilu będzie składał się pytań.
Gdybym był Klientem (a nigdy nie występowałem w tej roli w „świecie” e-learning) na pewno starałbym się iść tą pierwszą ścieżką. A gdyby się nie dało, lub dało tylko częściowo, zwracałbym uwagę na doświadczenia dostawcy, znajomość mojej branży, firmy, rozumienie moich potrzeb, umiejętność przełożenia tych potrzeb na skuteczne mechanizmy szkoleniowe. Innymi słowy – na metodykę, bo to właśnie jest klucz do sukcesu. Kwestie techniczne byłyby dla mnie trzecioplanowe, a multimedialno-wizualizacyjne stałyby na planie drugim.
Ma Pan czas na e-learning? Mam na myśli, czy aktualnie bierze Pan udział w jakimś kursie?
To zależy jak rozumieć pojęcie e-learningu… Od dłuższego już czasu nie miałem czasu i sposobności by „przejść” e-szkolenie. Tu świadomie nie uwzględniam swojego zaangażowania w testowanie materiałów, które sami robimy – bo w takie aktywności angażuję się od czasu do czasu mając satysfakcję nie tylko z tego, że weryfikuję jakość naszych rozwiązań, ale także z tego, że czegoś nowego się uczę.
Jeśli jednak e-learning potraktujemy z tej bardziej innowacyjnej perspektywy – to nie ma dnia, abym z niego nie korzystał. Każdego dnia sięgam do różnego rodzaju źródeł – raportów, doniesień, blogów, forów, sieci społecznych. Staram się co dwa dni pisać nowy post na blogu – a czyż najdoskonalszą formą uczenia się nie jest uczenie innych? Każdego dnia dostaję na skrzynkę szereg newsletterów, zaproszeń na webinary, z których nota bene chętnie korzystam, maili z wartościową treścią, itp.
Jeśli to nie jest e-learning, to co nim jest?
………………………………………
* Marek Hyla jest specjalistą w zakresie e-learningu, zajmuje się informatyką, zarządzaniem i marketingiem; prowadzi także popularny blog, za pośrednictwem którego dzieli sie swoim doświadczeniem i wiedzą w dziedzienie e-learningu http://www.SzkoleniaXXIwieku.pl
Autor: Karolina Kotkowska - Edustacja.pl